Treasure, czyli chyba czas pokończyć ich gry
Jak na prawdziwego, żałośnie zakochanego w 2D fanbojka niszowych firm przystało, stwierdzam że czas wreszcie skończyć wszystkie gry Treasure. Gdy tylko uporam się z sesją, zgodnie z częstotliwością wpisów na tym blogu, możecie się spodziewać roku z Treasure. Hurra.
Opętani
Skonczyłem wczoraj czytać “Opętanych” Chucka Palahniuka. I muszę przeczytać ich drugi raz bo sam nie wiem co sądzić o tej książce. Pomimo to – podziękowania dla sponsora mojej kopii.
Najlepsze artykuły o Final Fantasy. Dekady. Wszystkich dekad.
http://www.socksmakepeoplesexy.net/index.php?a=patff
Jak rzygać to szynką
Polska i gry wideo. Temat rzeka, temat godny opracowań naukowych na światowym poziomie. Temat… nudny. Bo można go opisać zdaniem “w Polsce jest jedna religia dotycząca gier wideo”. Ale od początku:
Polscy gracze to ogólnie rzecz biorąc hobbiści, którym wydaje się, że są rodzajem wyższego odbiorcy, jednak interesuje ich głównie granie tanie, lekkie i przyjemne. Jednak powoli coś się dzieje – konsole z dnia na dzień stają się coraz bardziej popularne. Rozrywka jaką są gry wideo od dawna jest już masowa i oczywiście nie ma w tym nic złego. A raczej nie byłoby, gdyby nie dorabiano im ideologii tam gdzie nie jej nie ma lub być nie powinno. Niestety, w krajach, gdzie nie ma tolerancji pomiędzy posiadaczami różnych platform sprzętowych – jakoś tak jest dziwnie.
Nie trzeba być ani specjalnie bystrym, ani specjalnie wykształconym, żeby stwierdzić że PRAWIE każda inteligentna osoba, która uważa gry wideo za coś ponad chwilowy zabijacz czasu na godzinkę-dwie tygodniowo będzie multiplatformowcem. Wiara w prawdy absolutne w stylu “dobre gry istnieją tylko na PC” jest głupotą. Albo nie – idiotyzmem. Widziałem już wiele w polskim internecie. Zbyt wiele. Ale oto onet.pl, wspaniały onet.pl zdobywa ode mnie oreder uśmiechu. Za tekst.
http://gry.onet.pl/28061,1587140,artykul.html
Na szczęście czasy frustrowania się tym co wypisują takie istoty minęły mi z dobre pół dekady temu, jednak po czytaniu takich wynalazków raz-dwa na kwartał mam duży niesmak w ustach. I właśnie mam zamiar się go pozbyć. Bo zęby myję.
Tekst mający obalać mity o konsolach jest jednym z najbardziej tendencyjnych, słabych i nierzeczowych tekstów jakie miałem nieprzyjemność czytać. Oczywiście, w Polsce, jedyną słuszną religią jest granie na pecetach, stąd autor dostał owację na stojąco od rzesz 15-letnich, przyszczatych fanów Dungeon & Dragons i przeklinania online w sieciówkach, a świetny kontr-tekst Urala, który zbijał z łatwością słabe argumenty autora – został zjechany z góry na dół. Za swoją rzeczowość. Zresztą spójrzcie sami na argumenty czytelników przeciwko konsolom:
“”1) gra na konsoli zawsze wygląda tak samo, chodzi płynnie, nie wymaga od nas żadnej technicznej wiedzy i grzebania w ustawieniach (wkładamy płytę z grą i gramy nie przejmując się niczym)”
Z czego może pośrednio wynikać, że konsola jest dla głupszych – o przepraszam – mądrych inaczej.”"
Kontra roku – coś Ci działa = jesteś idiotą.
Ale wróćmy do głównego wątku. W tekście po raz kolejny możemy dostać banalne do zbicia i głupie argumenty – gry na konsole są takie i owakie, gry na konsole kosztują 260 zł (w życiu nie zapłaciłem tyle za konsolowy tytuł), pecet ma więcej gier (ma, ale większość z nich … trafia do czeluści piekła i pisemek poniżej 10 zł), czy wreszcie porównywanie zarobków obu rynków. Już pal licho, że autor zapewne znów porównał je na podstawie koronnego argumentu pecetowców – raportu z którego wynika, że EA zarabia dobrze na pececie a Blizzard to chyba jeszcze lepiej. Lekko gorzej, że autor nie zwrócił uwagi, że EA zarabia najlepiej na Wii (wiecie, taka konsola), a Blizzard jakoś tak gier na konsole NIE WYDAJE.
Zresztą rozbieranie tego tekstu na czynniki pierwsze zostało wykonane przez Urala i nie widzę konieczności zbijania wszystkiego po kolei. Szczególnie, że mamy tam takie kwiaty jak czepianie się głośności Xboxa 360 – wiecie, XO ma świadczyć o dziesiątkach konsol. Bo przecież mój SNES to tymi kartridżami (wiecie, takie dyskietki) robił hałas na pół łosiedla.
Ale za to ja jeszcze dołożę może swoje mity – żeby autor mógł zarobić kolejną stówkę. Może pójdzie na jakieś studia, czy coś. Albo zrobi kurs koparki i wreszcie zacznie zarabiać i więcej i z większym pożytkiem dla społeczeństwa.
“Skomplikowana gra musi mieć sterowanie zajmujące całą klawiaturę” – ba, przecież inaczej będzie tylko prostą popierdółką dla konsolowców, którzy od lat wydają krocie na debilne gierki.
“Dragon Age i gry na Infinity to jedyne dobre RPGI” – Ba, “nie zbijalny” argument. Podobnie jak to, że konsole mają gorszą grafe od PC bo DA wygląda na nich gorzej. Eh, wiedziałem że z konwersją tej gry będą same problemy… najgorsze jest jednak to, że w swoim fanatyźmie gracze nie zauważają setek innych gier, dobrych gier RPG…na peceta. Połowa for internetowych płacze za kolejnymi grami na Nieskończoność, zupełnie nie interesując się indie RPG. Całkiem podobnymi.
“Bijatyki to banalny gatunek” – Jak ja to kocham ;) Szczerze, to zupełnie subiektywna opinia, ale w moim przekonaniu bijatykom i RTSom jest znacznie bliżej do siebie, niż RTSom i strategiom 4X.
I można tak dalej i dalej i dalej. Konsole nie mają strategii, pokemony to zło, szatan gra na pececie, kościół jest zły bo narzuca nam religię, a jedyną religią Trół gracza jest pece, który jest dla inteligentnych graczy. Przypomnę tylko delikatnie, że to na PC spolszcza się każdą, najprostszą nawet grę. Angielski – to zbyt wymagający język.
Konsole są casualowe. Jasne. Tyle, że NIE OBCHODZI NAS, DOROSŁYCH GRACZY MAINSTREAM. Mam gdzieś w co gra John K. i czy jest to komercyjny szit, czy naprawdę dobra, wyreklamowana gra. Nie obchodzi mnie, czy siedzi przy konsoli 10, czy 24 godziny na dobę. Wreszcie nie obchodzi mnie ile, który portalik dał jakiej grze. Obchodzą mnie gry dobre. Oceniane przez ludzi na poziomie, w gatunkach które lubię. Uwielbiam bijatyki. Kocham RPGi. Wyznaję dobre action-adventure. I poza 20-30 pozycjami na pececie nie miałbym czego szukać w tym gatunku, podczas gdy konsole zaskakują mnie kilka razy w miesiącu jakimiś ukrytymi perłami. Kocham wybór. Uwielbiam mieć dostęp do jak największej ilości dobrych gier. I to, że ktoś całe życie gra w dwa MMORPGi, w życiu nie zrobił nic konstruktywnego, ale musi się dowartościować tym, że ładuje masę kasy w pc – mnie nie obchodzi.
Niech żyje w swoim świecie, gdzie każdy pecetowiec ma wielkiego penisa, same najlepsze gry, masę przyjaciół, muskulaturę, gdzie każdy użytkownik pc trzyma go do konstruktywnych rzeczy, programowania, sztuki, tworzenia muzyki, a przy okazji gra w wybitne, dostepne tylko dla inteligencji gry. Przecież siedzenie godzinami na naszej-klasie i trzepanie sie przy redtube.com to tylko wymysł komuchów takich jak ja. Albo, pani, to te murzyny z zagranicy tak robią. Ale to pewnie i tak nie na pc, tylko na macach, albo chociaż pod linuxem. No chyba, że przez PS3 jak już ktoś wie, że tak się da. W końcu to pewnie oni trafiają na mój blog wpisując “rżnięcie siostry” i “demo Dragon Age” (serio, dwa najpopularniejsze wyniki wyszukiwania mła blożka)
Dajmy pecetowcom oceniać platformery. Niech dresiarze oceniają Mickiewicza. Niech motocykliści testują odrzutowce. W końcu wszyscy znamy się na wszystkim, hurra ! Pracując w fabryce na stanowisku montażysty silników, będę znał się na montażu podzespołów w mig, hurra ! Eh chyba Freud miał rację, że ludziom siada na mózg z braku seksu.
Dyskusja internetowa z jakimkolwiek człowiekiem o wąskich horyzontach… Boli. Broń buk, żebym uważał się za gracza doskonałego. Za odbiorcę na poziomie – tak, ale nie za ostatniego sprawiedliwego, zmieniam zdanie często, często znajduję nowe, growe fascynacje, czy inaczej postrzegam dane, kultowe dla mnie tytuły. Czasem nawet sprawia mi przyjemność granie w tytuły, które uważam ogólnie za dno dna. Jednak kupowałem swoje konsole. Każdy świadomy gracz, który ma konsolę w tym kraju – zarabiał na nią i wiedział w co pakuje kasę. Ja wiedziałem jakich gier chcę i dlaczego ich chcę.
Niestety problem jest w tym, że tacy dziennikarze są do bólu stronniczy. Jeszcze gorsi są ich fani, fanatycy. Widziecie ja też potrafię korzystać z słownika internetowego, wikipedii, wyników badań, które mi pasują oraz zastanawiać się cały dzień nad ripostą udając, że dyskusja mnie nie obchodzi. Szkoda tylko, że najwięksi krzykacze w kółko powtarzają te same argumenty, których nawet nie trzeba zbijać – fakt ich wyciągania, jest równoważnikiem argumentu nazizmu w dyskusji. Nie da się dyskutować o grach z osobą, która na grach się nie zna.
“To JA, a nie TY zarabiam na pisaniu o grach” – hah. Pewnie ktoś tak rzuci. Tylko, że pisanie za kasę o grach nie jest aż tak bardzo trudne jak się umie lizać dupe i pisać pod publiczkę. Co prawda zdarzało mi się upaść czasem niepokojącą nisko (ah ta młodość i pisanie scenariusza do FF7-2, ah te płomienne recki z dużą ilością powtórzeń), ale nigdy nie upadłem do poziomu tego szamba. Tłumaczenie recek, pisanie ze screenów, kradnięcie zagranicznych opisów – norma na stronach o grach wideo w Polsce. Zresztą, o przekrętach pisali lepsi ode mnie. Zabawne jest tylko to, że im ktoś ma mniej argumentów do dyskusji, tym częściej stwierdzi że to on jest profesjonalistą.
Rozumiem, że dla Polaka, w czasie dyskusji normą jest wykorzystywanie technik neutralizacji. Pecetowy dziennikarz growy się nie myli. Myli się świat, konsolowcy, multiplatformowcy, wyniki badań, historia gier wideo. Każdy, tylko nie on. Ale nie zmienia to faktu, że prowadzi to do ukrytych dewiacji. Polskie dziennikarstwo growe jest na niższym poziomie niż powinno być. Jednak gdy wielokrotnie już myślałem, że wiele tekstów które czytałem o grach w tym kraju jest na poziomie dna – zawsze ktoś mnie zaskakiwał. A dopóki jedyna dłuższa i “konstruktywna” krytyka portali o grach będzie się opierać na dopieprzaniu się języka, a nie treści tekstów – niewiele się polepszy.
Ogólnie rzecz biorąc – jestem zwolennikiem karania dziennikarzy za wprowadzanie w błąd i kreowanie opini powodujących ograniczenie rozwoju człowieka. Media mają ogromny wpływ na to jacy ludzie są, a dziennikarze mają wiekszy wplyw na to niz im sie wydaje. I o ile w wielu miejscach wymaga się tego i owego od krytyka filmy, czy literatury – tak w przypadku pisania o grach starczą chęci, pisanie jakiś czas za free i w miarę dobry komputer. Oczywiście – ktoś zakrzyknie – ale dochodzić do takich wniosków, gdy tylko chodzi o gry?!?!
Jasne, tylko taki lulz pojawia się wszędzie. Tylko nie czytam już nawet stron o polityce, czy też blogów “oświecających” motłoch – zbyt szkodziły mi na wątrobę. Zamach na demokrację? Nie, tylko wymóg żeby ludzie kiedyś zaczeli samodzielniej myśleć. Naprawdę, to aż tak nie boli.
Zły recenzent/dziennikarz nie tylko obraża mnie. Obraża czytelnika – inteligentnego. Czytelnikowi niezbyt rozgarniętemu, czy też podlegającemu jeszcze rozwojowi – wyrządza ogromną krzywdę w sferze poznania, emocjonalnej i psychicznej. Wreszcie – obraża, podważa i dyskredytuje świetną gałąź rozrywki bez której nie miałby swoich jedynych słusznych gier (gier, gierki są na konsolach) na pecety. Bez Mario nie byłoby ID Software, bez SEGI 3D rozwijałoby się wolniej, bez NESa krach gier wideo nie ustąpiłby szybko. Ten tekst nie tylko jest słaby. To jest obraza 40 lat konsolowego gamingu. Tysięcy świetnych gier, milionów pasjonatów którzy tworzą i grają. Czy naprawdę warto było to robić za 100 zł?
Widocznie tak. BO TO SOM KOMUCHY PANIE
Chętnie zobaczyłbym wreszcie kilka dobrych tekstów o grach wideo na dużych portalach, nie tylko growych. Graczy, ludzi, konsumentów trzeba edukować od małego i mówię tutaj poważnie jako bloger i odbiorca – szerokie horyzonty i postawy nonkomformistyczne względem jakiejkolwiek formy sztuki i rozrywki są koniecznością w tym kraju, jeśli kiedykolwiek mamy mówić o dobrym dorobku kulturowym obecnej Polski. W zamian gotów byłbym nawet zacząć sensowniej pisać. Albo płacić tą stówę “autorom”, żeby teksty ala onetowy NIE powstawały.
To byłaby dobra wymiana. Wystarczająco dobra.
Pozdrawiam
Pita
PS: Jeśli ten tekst przeczytają więcej niż 3 osoby, spodziewam się debilnych ataków w stylu czepiania się warstwy językowej, mojego pisania na tawernie, pg i gry.o2 oraz wielu, wielu innych. Tylko wiecie, nie przekręcajcie nazwiska.
PS2: link do tekstu Urala http://gry.onet.pl/28061,1588714,1,artykul.html
Dragon Quest III GBC
Seria Dragon Quest jest serią… nierówną. I to bardzo. O ile w Japonii jest kochana od zawsze i zapewne zawsze kochana tam będzie, tak u nas – a landach białych – bum na nią zaczął się dopiero od ósmej części. Znaczy się bum z prawdziwego znaczenia. Niestety problem jest taki, że zagrać w parę Dragon Quest to jak zagrać w każdego, ale jeśli warto zagrać w jakieś – to powinny to być część III i VI. Niezwykłe, zbalansowane, rozrywkowe i wciągające – stanowią świetne podsumowanie dorobku serii i po prostu nie dają się specjalnie nadgryźć zębowi czasu. Dragon Quest III w wersji na Gameboya Colora to najlepsza, dostępna po angielsku wersja trójki – wzbogacona o nowe zadania, zbieranie medalionów, podkręcona graficznie w stosunku do oryginały i oldscholowa w dobrym tego słowa znaczeniu. Gra się w nią znacznie lepiej niż w remaki na DSa i dodatkowo przez obniżenie sztucznie zawyżanego poziomu trudności z jakiego słynie seria – jest tytułem wybitnie rozrywkowym i dobrym jako “lekki” jRPG po jakiś poważniejszych bądź/i bardziej męczących grach.
Sam tak naprawdę preferuję spin-offy tej serii – z Monstersami z GBC i Mysterious Dungeonami na czele, ale naprawdę cieszę się, że nawet wśród wielkich marek można jeszcze znaleźć ukryte perełki. Dragon Quest III GBC to gra, której naprawdę warto dać szansę.
ah ah
A teraz trochę nostalgi:
Pamiętam jak dla tych soundtestów jako dzieciak zasuwałem na automaty. Wtedy Capcom miał power nie z tej ziemi :)
Dragon Age po raz kolejny…
Edge. Nigdy ich specjalnie nie kochałem, ale zawsze podobało mi się, że jak na dzisiejsze standardy – gdzie przecież 7 to ZŁA ocena dla SŁABEJ GRY – oceniają twardo i nie patrzą się na resztę świata. Ich noty były czasem sprawiedliwe, czasem głupie, zazwyczaj – kontrowersyjne. Ale teraz złapali u mnie wielkiego plusa – wystawili Dragon Age ocenę 5 na 10. Wreszcie.
Wreszcie ktoś wyłamuje się z tego szeregu, gdzie wypisują że DA to RPG dziesięciolecia. Wiecie, czyli wypadałoby, że zależnie od interpretacji liczymy że to NAJLEPSZY RPG od 1999 lub 2000 roku. Czyli zapomnijmy o Shin Megami Tensei III, Personach, Demon’s Soul, Arx Fatalis, Deus Ex, King’s Field, czy nawet przereklamowane i przeczczone przez pecetowców MMORPGi, Diablo II, czy Baldur’s Gate II, który jest grą lepszą od DA. No i nie zapominajmy o Mass Effect, które nazwałbym jedyną naprawdę bardzo dobrą grą od Bioware. Bioware, firmy która jest chyba pecetowym odpowiednikiem Square-Enixu – popularne i kochane bo przecież RPGi są takie cool, trendi end dżezzi – szczególnie, jeśli nie trzeba wysilać przy nich za mocno mózgu i wymagać poziomu prawdziwej sztuki/rozrywki dla dorosłego człowieka, prawda? A jeszcze lepiej, że ta prosta roz(g)rywka (przeciw której nic nie mam, ot sam uwielbiam Ys) udaje coś ambitnego, mądrego i dobrze łechce ego, prawda :) ?
Czyli, krótko – brawa dla Edge. Jasne, że w swojej kategorii DA jest udane, tyle że ta kategoria to genetyczny nastepca gier na Inifnity ( i to niestety nie Planescape) w posttolkienowskim, ścierwiarskim świecie. Przykre, ale kurwa prawdziwie.
A i jeszcze jedno – chyba z trzy razy ostatnio na necie widziałem wypowiedzi w stylu:
“Konsolowe a pecetowe Dragon Age to dwie różne gry – oczywiście z przewagą pecetowego – więc to dowodzi marności konsolowego RPGie”
Nie. Dowodzi za to kilku innych rzeczy – po pierwsze trzeba być idiotą, żeby uznawać konwersje sztampowej gry fantasy za wyznacznik poziomu jednego z najbardziej zasłużonych i najlepszych gatunków gier wideo na platformach, które od zawsze lepiej radzą sobie z nim niż pecety. No, a co najmniej od czasów NESa. I to idiotą z tych, którzy czekają na Risena II, Risena III, modlą się o konwersje Fable II na PC, marzą o demie/pełnej wersji DA w jakimś nowym numerze pisma z płytkami i oczywiście – często są oświeconymi po studiach. Pal licho jeszcze “ścisłowców”, ale panowie humaniści – toż to kurwa nie przystoi. Po drugie – DA konsolowe dowodzi jakimi partaczami są Bioware – i tego, ze EA wybrało zarobek nad porządną, może gorzej sprzedającą się konwersję. Wreszcie dowodzi, że konwersja została zrobiona po kosztach i gra powinna zostać tam gdzie jej miejsce – na maszynkach dorosłych fanów fantasy jarających się jak ich barbarzyńca Ragnar w towarzystwie elfa Oberyna pokonuje wioskę złych goblinów kultu Belzebuba. Dla nich to coś świeżego i oryginalnego. A najzabawniejsze jest to, że wbrew pozorom i wieści szerokiej na wyższych poziomach trudności gra wcale nie jest znacznie łatwiejsza od wersji pecetowej. Do napisania jest zresztą więcej, ale od pisania o Dragon Age bardziej produktywne wydaje mi się ogrywanie obrzydliwych, prostych i ubogich konsolowych tytułów jak Phantasy Star IV i Dragon Quest III.
I nie, nie chodzi mi o to, że ludzie jarają się tym tytułem. Chodzi mi o to, że jak zwykle łyknęli propagandę i robią z czarnego białe.
EDIT: Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że jednak jeśli dla kogoś DA ma być prawo najświeższym – to dla posiadaczy XO, którzy mają awersje do starszych konsol, nie grywali nigdy na PC i koniecznie chcą takiej podróży w mieczykiem w tym klimacie – innej alternatywy praktycznie nie mają. Za to na PC – takich, lepszych gier od groma. Od czasu do czasu sztampa nikomu nie zaszkodzi, ale wywyższanie jej do poziomu bóstwa buduje niepokojący obraz świata w którym ludzie na czerwone zaczynają mówić zielone i nikomu to nie przeszkadza. Szczególnie, że gra może bawić i nikogo nie czyni głupią. ALE – już tworzenie wokół niej kultu i sianie fermentu o RPGu dziesięciolecia, czy podawanie tej gry jako przykład MOCY pecetowego RPG a słabości konsolowego – zasługuje na facepalmik. Albo nawet ze trzy ;) Zatem … failed pecetowcy, szczególnie że tak naprawdę największą wadą wersji konsolowej jest brak edytora – a nie walki, które w rzeczy samej są bardzo podobne we wszystkich wersjach. Co więcej – nawet stoją na podobnym poziomie trudności i są jako-tako skomplikowane. Posiadacze PS3 nie powinni się czuć w żadnym przypadku usprawiedliwieni, inne gry czekają ;) A, odbieram już też wiadomości od obrażonych fanatyków gry, którzy źle doczytali (tj nie przeczytali nawet do końca, a zinterpretowali oczywiście na różne sposoby) moje wpisy – jak widać wystarczy naprawdę dobra reklama, żeby zapanować nad czyimś umysłem. Smutne czasy chlip, chlip. Wracam grać w KoFa 99.
Nareszcie. Hotel Dusk 2 nadchodzi
Tak to jest jak człowiek nie ma dostępu do neta – nadchodzi sequel jednej z jego ulubionych przygodówek, świetnej powieści (choć zarazem tylko dobrej gry), z charakterystycznym bohaterem i doskonałymi dialogami. Nie mogę się doczekać, aż Hotel Dusk 2, a w zasadzie The Last Window: Midnight Promise zobaczy światło dzienne.
Komentarz: Neo Plus 11/2009, Dragon Age
Dragon Age, Dragon Age – recenzja tej gry w Neo Plus to niejako temat najnowszego numeru. Jednak moją uwagę przykuła ramka po boku, napisana przez Gulasha, można tam wyczytać, że:
“Oczarowany, bo nareszcie mamy na konsolach hardcore’owe zachodznie fantasy, bez bishonenów, przerośniętych kurczaków, czy czternastoletnich wieśniaków mających zbawić świat”
Ekhem. Oplułem się. Oczywiście nie mam zamiaru wieszać psów na Gulashu, czy pisać że jest &%@&^$@, ale panowie – bez jaj. Takie zachodnie podejście do fantasy, hardcorowe podejście do fantasy mieliśmy już w grach na NESa – choćby konwersach golden boxowych klasyków. Co więcej, naprawdę hardcorowe, a nie dosyć mainstreamowe (a w wersji konsolowej wręcz casualowe poza najwyższymi poziomami trudności) Dragon Age ma się nijak do takich epickich, świetnych i naprawdę ciężkich (zarówno poziomem trudności jak i swoją europejską atmosferą) King’s Field, Shadow Tower, czy Wizardry z których ŻADNA nie została doceniona w Neo Plus. Oczywiście – robili je japończycy, co jednak nie przeszkadzało im stworzyć lepszych gier niż 95% (nie, nie liczyłem tych procentów, strzelam) europejskich cRPGów. Jasne, można zrozumieć że Gulash miał na myśli tą generację, ale… przecież jest Demon’s Soul. Którego, jedynie dzięki eurogamerowi, nagle docenił cały świat. Tam jest prawdziwy, ciezki klimat i wysoki poziom trudnosci.
Aha – jakby ktos pytal, nie, nie obuzylem sie. Ale uwazam, ze warto bylo sprostowac taka wypowiedz.
Żyje wstręciuchy
Wbrew pozorom – żyję, a blog nie zmarł. Po prostu po kolei spalił mi się procesor, płyta główna, a obecnie – router z którego czerpię wiedzę o świecie i nerdze się nad niszgierkami z sieci. Wybaczcie, nie płaczcie, niedługo powrócę w glorii i chwale.
Komentarze (1)
Dodaj komentarz
Komentarze (2)


